Dlaczego stoimy w miejscu?

Jednym z powodów, dla którego zatrzymujemy się z urządzaniem jest lęk. Najczęściej jest to obawa przed dokonaniem złego wyboru, wydaniem pieniędzy, a potem żałowaniem podjętej decyzji. Często też nie wiemy czy „wszystko będzie ze sobą pasować”, jest to kolejna obawa przed podjęciem złej decyzji. Takie obawy są normalne. Nie musimy się na wszystkim znać! Często pomaga rozmowa z kimś, kto ma więcej doświadczenia i może pomóc. Klops jest wtedy, kiedy nic z tym nie robimy. Stajemy w miejscu, przeszkadza nam tak jak jest teraz, nie za bardzo wiemy co zrobić, żeby było lepiej. Chcielibyśmy się poradzić architekta, albo dekoratora, ale co jak nam źle podpowie? (kolejna obawa). Tworzy się trochę zamknięte koło, z którego zaczyna nam być trudno wyjść.

Tutaj chciałabym opisać drugi powód. Drugi powód jest „house-coachingowy”. Każdy aspekt w naszym życiu, w tym również urządzanie łączy się z innymi sferami naszego życia. Prym wiodą przekonania, które w połączeniu z różnymi trudniejszymi wydarzeniami w naszym życiu powodują, że zaczynamy się kręcić w kółko. Może to być problem w pracy, rodzinie, związku. My, jako ludzie wciąż się zmieniamy, dotychczasowy „układ” przestaje nam pasować, chcemy pracować nawet w tym samym miejscu ale na innych zasadach, zmienić coś między mną, a ukochaną osobą, żeby było nam lepiej. Gorzej, kiedy tego nie robimy, a źle nam tak jak jest. Warto obserwować „co dzieje się” w naszym domu – może w nim najszybciej zauważymy krok na przód, który potrzebujemy zrobić? Coś odłożonego w czasie? Nieskończony pokój? Bałagan? Jak? Zaraz spróbuję Ci przybliżyć temat

Dzisiaj opowiem Ci swoją historię.

Kilka lat temu wprowadziłam się do mieszkania po Babci. Od razu miałam wizję! Jasne drewniane podłogi. Remont łazienki, kuchni. Wiedziałam już jak będą wyglądać i szybko zaczęliśmy organizować ekipy. Remont ruszył pełną parą! Było kucie, zmiany w instalacjach, elektryce, wybierałam meble, lampy, dodatki, krzesła. Nowy układ, nowy wygląd, więcej przestrzeni, oddechu. Wszystko poszło super. Kuchnia i kącik jadalniany przy kuchni stały się moimi ulubionymi miejscami. W nowej, pięknej łazience oddawałam się zabiegom pielęgnacyjnym… (oh! gdzie minęły te czasy „przed dziećmi?” ;)). Jak sięgam pamięcią były to piękne momenty, ale…

To była tylko połowa mieszkania. W drugiej połowie miałam poważny problem. DRZEWA!!! Drzewa, które przysłaniały mi całe słońce – którego w mieszkaniu i tak było niewiele od północnego-wschodu. Trzy ogromne kasztany. Maj był najgorszym miesiącem, bo pojawiały się na nich liście. Błyskawicznie. Niestety. Było ciemno, ponuro i smutno. Nienawidziłam tych drzew i w pełni skupiałam się na tym jak bardzo to mieszkanie jest niefajne, jak najszybciej chcę się z niego wyprowadzić! Nie jestem w stanie mieszkać na parterze w takich warunkach! – ubolewałam. To przez te drzewa nie jest mi tu dobrze. Moja cała uwaga była skierowana na drzewa i knucie pism „sztosów”, które sprawią, że spółdzielnia wytnie te nieszczęsne drzewa. Jak można sadzić drzewa tak blisko budynków wielomieszkaniowych? Łapałam się za głowię i mimochodem, jeżdżąc po mieście wyłapywałam podobnych do siebie nieszczęśników, którzy mieszkali na parterze zasłonięci drzewami.

Do tego dochodził jeszcze zbiór rzeczy po mojej Babci… i robił się duży misz masz.

Nie lubię swojego mieszkania przez (…)* i NIE będę go urządzać!

Moja niechęć do własnego domu rosła z każdym miesiącem. Problem drzew odbierał mi motywację i siły do działania. Wiedziałam, że jest to rzecz na którą mam marny wpływ. Czułam się bezsilna.

Drzewo to tylko pretekst. Naszym drzewem może być „za małe” mieszkanie, nie tak oświetlone, balkon nie taki, kuchnia zamknięta, zamiast otwartej, brak wanny, brak prysznica, kąt, ściana, pokój którego nie możemy urządzić, okropna kanapa, której nie lubimy ale nie mamy pojęcia na co wymienić, teściowa na parterze, która mocno nam przeszkadza… i tak dalej. Skupiamy się na CZYMŚ co nie daje nam spokoju, czym obarczamy nasze nieszczęście bo TO – nie pozwala w żaden sposób urządzić przytulnego, ciepłego DOMU. Bo tu się NIE DA I KONIEC.

Jak to zmienić?

W tym czasie w internecie odnalazłam Kirsten Steno. Ona stworzyła house-coaching. Była wziętym architektem w Danii, ale prócz pięknych wnętrz chciała, żeby domy miały dla nas wartość, przeznaczenie, by pięknie urządzona przestrzeń była dla nas miejscem, które ładuje nasze życiowe baterie, w których rozkwitamy. Odezwałam się do niej i w niedługim czasie umówiłyśmy się na rozmowę. Pokazałam Kirsten całe mieszkanie, moje ukochane kuchnię, jadalnię i łazienkę, a potem moją zmorę – dwa zabałaganione pokoje. Kirsten zapytała mnie z jakiego powodu, nie urządzam tych pokoi? Opowiedziałam o całej mej nienawiści do trzech kasztanów.

Chwilę porozmawiałyśmy, zrobiła ze mną ćwiczenie i po chwili zapytała mnie, co by było, gdybym patrzyła na ten pokój, ale nie mogła pomyśleć o tym, że nie cierpię tych drzew? Byłam mocno zmieszana… jak to?! Tak kurczowo trzymałam się mojej „ukochanej myśli”, że jak to? Po prostu o tym nie myśleć? No dobra myślę, spróbuję. Patrzę na pokój, widzę, że jest trochę ciemno, widzę zieleń za oknem, piękną drewnianą podłogę. Mogę teraz dostrzec wszystko czego nie widziałam wcześniej. Od razu poczułam się LŻEJ. Moja głowa otworzyła się i zamiast serii nieszczęść i możliwych słabych scenariuszy zaczęłam widzieć MOŻLIWOŚCI. Momentalnie poczułam jak spływa na mnie radość i szczęście. Zaczęłam myśleć o małych oświetlających wnętrze i balkon lampkach, o kolorowych kwiatach, jasnych meblach, które wniosą więcej światła. Tego już nie dało się zatrzymać 😉

Co tam się wydarzyło?!

Trzy nieszczęsne, znienawidzone przeze mnie kasztany – faktycznie stanowiły dla mnie problem. Faktycznie przez nie było ciemniej w mieszkaniu. Kasztany były ogromne i robiły robotę 😉 Ale można spojrzeć na nie przynajmniej z dwóch perspektyw. Ja wybrałam jedną, finalnie niekorzystną dla mnie, przez którą zamknęłam się na wszelkie inne perspektywy. Kasztany też, tak jak pisałam wcześniej odzwierciedlały tylko inne problemy w moim życiu. Sprawiały, że czułam się jak „w potrzasku”. Tak samo było z moją pracą, z miłości do Mamy pomagałam jej prowadzić restaurację, tam próbowałam odnaleźć „swoje rewiry”, w których czuję się najlepiej ale wciąż to nie było to co chciałam robić. Chciałam próbować innych, swoich rzeczy.

W takich momentach dom jest dla nas drogowskazem.

Wisienka na torcie

A teraz coś co uwielbiam i dlaczego kocham House-Coaching? Wyobraź sobie, że w życiu przechodzisz przez różne większe i mniejsze wyzwania. Ale po pracy, w weekend, wieczorem masz miejsce do którego możesz wrócić, odetchnąć, poczuć się bezpiecznie, móc być w pełni sobą. Swój dom, urządzony tak, że ładuje TWOJE życiowe baterie i jest z Tobą połączony „wifi”, na specjalne tylko Tobie znane hasło. Przychodzisz zmęczona, wyjmujesz ulubioną matę z uporządkowanej szuflady, zapalasz ulubioną świeczkę na szafce, na której stoją Twoje ulubione kwiaty. Kładziesz się na macie, w tle leci Twoja ulubiona muzyka. Potem idziesz do pięknie urządzonej łazienki i bierzesz ciepłą kąpiel, sięgając ręką po ulubioną książkę. Czy nie byłoby cudowniej?

I nie… nie musisz być bogata, żeby tak mieszkać. To tylko wymówka, za dużo już urządziłam mieszkań, żeby w to uwierzyć 🙂

Gdyby nie House-Coaching pewnie w końcu urządziłabym te pokoje, bez entuzjazmu, tak „żeby było”. Na pewno jak najszybciej chciałabym się stamtąd wyprowadzić. Jednak ćwiczenie z Kirsten dało mi dużo więcej, otworzyło moją głowę, moje serce oraz z radością skończyłam dekorowanie salonu i sypialni. Spędziłam w tym mieszkaniu kilka kolejnych lat, tam też zaczęła się tworzyć moja rodzina, mieszkaliśmy w nim już we trójkę i do dzisiaj wspominam to mieszkanie z dużym sentymentem. Na zawsze zostanie w moim sercu.

Ściskam Cię mocno! Zasługujesz na to by pięknie mieszkać.

(…)* – tutaj wpisz to co dotyczy Ciebie.

Poczytaj jeszcze: